wtorek, 15 październik 2019 12:13

Georgij Dorbuaszwili: Moje kolekcje są wspólnym dziedzictwem, którego nigdy nie będę ukrywał przed ludźmi

Wiele osób w Brześciu i całej Białorusi słyszało o zbieraczu i trenerze Georgiju Dorbuaszwili, gdyż jego działalność trudno przeoczyć. W rozmowie z czasopismem „Miasto nad Bugiem” Wujek Żora, jak go czasami nazywają, opowiedział o swojej miłości do piłki nożnej i zapasów, a także przypomniał o Anatolu Kapskim, którego znał osobiście.

Dziękujemy za poświęcenie czasu na rozmowę, szczególnie na tle takiego meczu. Wiele osób Pana zna, ale gdybyśmy poprosili Pana krótko się przedstawić, co Pan odpowiedziałby?

– Uwielbiam piłkę nożną do szpiku kości, chociaż jestem mistrzem sportu w zapasach. Czasami musiałem wychodzić na pojedynek, ale nie przestawałem myśleć o piłce nożnej. I tak to wszystko we mnie się godziło. Oczywiście miłość do piłki nożnej mam nie tylko jako kibic. Zbieram dużą kolekcję, ale nie mogę nazwać jej moją. Jest ona powszechna, ponieważ wielu się poświęcało, przynosiło coś własnego, w tym piłkarzy.

Rzadko proszę, ludzie sami widzą. Na przykład na meczu z „Jagiellonią” polscy piłkarze wyszli, zobaczyli i podarowali prezenty. Gracze „Dynama-Brześć” również bardzo pomagają. Ludzie popierają i akceptują to, co robię.

Piłką nożną zacząłem zachwycać się w 1969 roku. Och, jakie to było fascynujące! Mieliśmy wspaniałego prezentera radiowego z dobrym głosem. Jeśli radio się psuło, była to katastrofa. Potem pojawiły się telewizory, które stawiano w oknach na ulicach, żeby ludzie oglądali piłkę nożną, inne sporty i filmy.

W latach 70-tych po raz pierwszy do głównej ligi mistrzostw ZSRR weszła moja ulubiona drużyna – „Spartak” Ordżonikidze, która później stała się znana jako „Alania” Władykaukaz. Zawsze mówiłem, że jestem fanem „Dynama-Brześć”, „Dynama” Tbilisi i „Liverpoolu”, ale serce należy do drużyny mojego rodzinnego miasta. Chociaż w Brześciu mieszkam znacznie dłużej, niż w Ordżonikidze.

Kolekcjonować zacząłem jeszcze w latach 60-tych. W tamtych czasach wszyscy się tym zajmowali. Ktoś gromadził informacje o artystach, różnych śpiewakach, ja zaś zainteresowałem się piłką nożną. To hobby pozostało u mnie do tej pory.

Teraz przeszedłem na pełnoprawne albumy, a nie zeszyty, jak to było w dzieciństwie. Zebrałem już ponad dwa tysiące i mam materiały jeszcze na około pięciuset albumów, które właśnie robię powoli.

Myślę, że dzięki moim zainteresowaniom wiele informacji zostało zebranych i zapamiętanych. Mam bratnie dusze – ludzi, którzy do szczegółów znają bramki zdobyte w finalach Pucharów Mistrzów lub próby w lekkoatletyce, wykonane w różnych latach w mistrzostwach ZSRR. Też taki jestem, pamiętam wiele rzeczy.

Chodzi o to, że często to wydłuża życie. Weterani wracają do młodości. Słyszałem, że czy to „Celtic”, czy to „Rangers” stworzyli u siebie w Szkocji duże muzea z różnymi zbiorami i zapraszają tam weteranów klubów, którzy w przyjemnej atmosferze wspominają przeszłe zwycięstwa. Jeśli zbieram się z przyjaciółmi, to nawet 24 godziny na wszystkie te rozmowy nam nie wystarczą.

– Biorąc pod uwagę miejsce Pana urodzenia (Północna Osetia, Alania, wioska Nogir), czy miłość do zapasów nie jest przypadkowa? W końcu Kaukaz jest zasadniczo jedynym regionem na świecie, w którym przywiązuje się tak dużą wagę do tego sportu.

– Dagestańczycy żartują, że ich dzieci rodzą się już mając pierwszą klasę w zapasach. Żartują też, że lewe ucho mogą złamać komuś za pieniądze, żeby, gdy jedzie samochodem, wszyscy widzieli, że jest zapaśnikiem.

Powiem bardziej obiektywnie. Jest wiele dzieci, które nie uprawiają zapasy. Ta masowość zapasów na Kaukazie jest w większym stopniu wymyślona. Nie ma czegoś takiego, że wszystkie dzieci przechodzą przez halę.

Jedynie że nie widziałem tam żadnych specjalnych technologii, najnowszego szkolenia. Po prostu ojciec zaprowadził syna na halę i rzucił go na matę. Jego tam łamią, rozbijają, przeciągają... Gdzieś on zajął trzecie miejsce w zawodach młodzieżowych, gdzie indziej znowu pokazał wynik, a potem bęc – zwycięstwo w mistrzostwach świata. Wszyscy byli zaskoczeni, mówiąc, że był „torbą”. Tak właśnie nazywają słabych zapaśników.

Ważny jest również jasny cel. Istnieją fanatycznie oddane osoby, które w nocy podskakują robić pompki. Wielu niszczy karierę alkoholem, tytoniem i innymi narkotykami. Było to za moich czasów i jest teraz.

Jednocześnie jestem bardzo dumny, że z mojej małej wioski Nogir wyszło najwięcej zwycięzców igrzysk olimpijskich spośród innych podobnych małych osad. Jeszcze fajniejsze jest to, że moje rodzinne miejsce ma więcej medali z igrzysk, niż Pakistan we wszystkich dyscyplinach sportowych łącznie. Jak również Indie.

A przecież w Osetii Północnej wszyscy lubili piłkę nożną nie mniej niż zapasy. „Alania” była mistrzynią Rosji, mimo że grała z wieloma własnymi wychowankami. Szkoda, że ten, który uczynił moją drużynę mistrzem, sam ją wykończył.

Walerij Gazzajew?

– Tak. Mogę otwarcie o tym mówić. Dziękuję bardzo Eugeniuszowi Sawinowi za jego reportaż z opowieścią o całej tej historii.

Odkrył coś nowego?

– Nie, po prostu ludzie nie chcieli o tym mówić. Przecież Gazzajew jest wpływową osobą, teraz zajmuje się polityką. Ja zaś nigdy nie milczę. Gazzajew działał we własnym interesie, miał obsesję na punkcie pieniędzy, ale czasem zachowywał się jak mężczyzna, przyznawał się do błędu i odchodził.

Tak o Jerzym Cziżu z „Dynama-Mińsk” mówiono, że zmieniał trenerów jak rękawiczki, ale w rzeczywistości zwalniał tych, którzy nie mogli poradzić sobie ze swoją pracą.

W tym Pan Cziża popiera?

– Tak.

– Czy jest to solidarność zapaśników? (Cziż kierował Białoruską Federacją Zapaśniczą)

– Nie, jestem obiektywny. Nawet co do linii zapaśniczej, choć rozstawał się z ludźmi, zawsze zapewniał inne miejsce pracy. Tutaj możemy przejść do Kapskiego, który wiedział, czego chciał, a Jerzy nie wiedział. Mówiłem do Cziża, że za owe pieniądze, które wpływają do „Dynama-Mińsk”, można stworzyć znacznie silniejszą i pomyślną drużynę.

Kilka lat temu poleciałem z mińskim „Dynamem” do Villarreal, gdzie znacznie przegrali. Po meczu widziałem dziwne śmiechy. Jeśli wziąć obiektywnie, przeciwnik był w każdej chwili silniejszy niż nasza drużyna, ale mimo to nie rozumiem, jak można się uśmiechać po takim meczu.

Następnego ranka kupiłem hiszpańskie gazety, pokazywałem je graczom. Lecz tylko Sergej Koncewoj okazał zainteresowanie. Reszta poszła na zakupy. Rozumiem, że ważne jest, aby przywiźć prezenty bliskim. Też chodziłem po sklepach, ale szukałem rzeczy do mojej kolekcji.

Георгий Дорбуашвили

Pamięta Pan piłkę nożną w ZSRR, kiedy nie była uważana za drugorzędną w porównaniu z europejską. Teraz wszystko się zmieniło. Jaka jest przyczyna?

– Zrobię małą dygresję. Teraz wszyscy mówią, że w Brześciu doszło do boomu piłkarskiego. Nie ma żadnego boomu! Jeśli nie są rozgrywane mistrzostwa miasta, nie ma też mistrzostw podwórkowych, ani między instytucjami edukacyjnymi. Tylko piłka halowa, o której wszystko jest jasne z nazwy.

Kiedyś byłem organizatorem takich lokalnych turniejów, przez które przeszli prawie wszyscy gracze „Dynama-Brześć”. Do niedawna faceci grali, ten że Mikołaj Signiewicz. Dlaczego prokuratura nie może wystawić drużynę? Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych, inne struktury...

Turnieje odbywały się wśród chłopców poniżej 16. roku życia, dawali nam boisko „Brzeskiego”, a nawet mówili – nie wiem, czy był to żart – żeby „Dynamo-Brześć” w biedniejszych czasach zastąpiło wszystkich graczy tymi chłopcami.

U dzieci jest bardzo trudne z psychologią. Pod tym względem, jakbyś się nie starał na treningach, banalny brak uwagi we właściwym czasie może „zabić” dziecko. Robiłem nawet pierwsze, drugie i dwa trzecie miejsca w turniejach, ponieważ nie ma nic trudniejszego do postrzegania niż czwarte miejsce. Było wiele interesujących momentów.

Zawody trwały 5-6 miesięcy. Oczywiście ci ludzie, którzy mieli rozwijać piłkę nożną w Brześciu, mówili, że zajmuję się pokazówką. A ta pokazówka dużo mnie kosztowała. Zamiast postawić pomnik matce i ojcu, zarobione pieniądze wydawałem na piłki i nagrody dla chłopców.

Moi przyjaciele z Kaukazu często mówili, że zajmuję się nie swoją pracą, pocę się z cudzymi dziećmi. Ale nigdy nie uważałem ich za cudze. Mam białoruski paszport, moje serce jest białoruskie. Jestem patriotą i staram się pomóc mojemu krajowi.

Kolejna kwestia, którą chciałbym poruszyć... Kiedy do nas przyjeżdża drużyna czeczeńska, dagestańska lub osetiańska, wówczas obywatele Białorusi tych narodowości przychodzą i kibicują „własnemu narodowi”. To jest nieetyczne! Wreszcie usiądź i pozostań neutralny!

Powtarzam, w Brześciu nie ma boomu piłkarskiego bez pożywienia od dołu. Nie wystarczy po prostu pójść na stadion, nawet w bardzo dużej liczbie. Gdybyśmy mogli wprowadzić sowiecki system sportowy, byłoby wspaniale. Niechby tylko spróbowała jakaś uczelnia nie wystawić drużynę na mistrzostwach miasta.

Nasza brzeska szkoła sportowa po moich turniejach była uzupełniana dobrymi facetami. Saszę Matiuchiewicza pokazałem światu, gdy strzeliał kilka goli w ciągu meczu. Później grał w „Dynamie-Brześć”, ale sam zrujnował sobie karierę. W związku z tym bardzo się cieszę, że Pasza Sedko w wieku 21 lat zdał sobie sprawę z wszystkiego i niedawno skruszał się w prasie. Dobry facet!

Co dotyczy porównania mistrzostw radzieckich i europejskich, różnica była szczególnie widoczna na końcowych etapach. Przed tym ciągle ich pokonywaliśmy. Ja osobiście byłem na meczu tbiliskiego „Dynama” z „Liverpoolem”, kiedy Gruzini wygrali u siebie 3:0, i wygrali w gruncie rzeczy. Niestety, jeśli chodziło o półfinały lub finały, pojawiały się problemy, o których wspomniałem powyżej.

Szkołę piłki nożnej utworzono w Holandii, Niemcy też kiedyś znaleźli styl i zaczęły pracować z dziećmi. Często kontaktuję z naszymi chłopakami z akademii „Dynama-Brześć” i pytam: „Jak uważacie, gdzie jest większe obsciążanie na treningach: tutaj czy w akademii «Barcelony»”? Wszyscy myślą, że w Hiszpanii, ale tak nie jest. Tam uczą myśleć, i to od dzieciństwa.

Ważne jest nie to, ile biegasz lub podnosisz żelazo w hali, ale to, jak postępujesz w ciasnej przestrzeni i pod presją przeciwnika. Właściwe decyzje w takich warunkach podejmuje tylko gracz wyższej klasy.

Pamiętam, jak wcześniej odbywały się zajęcia w sekcjach brzeskich. Kiedy dzieci pobiegały, rozciągnęły się i natychmiast zaczynały grać w piłkę. W normalnych warunkach w piłkę grają tylko w weekendy – gry treningowe, a przez resztę czasu trenują, uczą się rozgrywać piłkę, studiują taktykę.

Były też niestandardowe przykłady. Niedawno zaproponowałem zorganizowanie gry 40/40 z okazji Światowego Dnia Piłki Nożnej. Jest to nawiązanie do maratońskiej piłki nożnej, kiedy w latach 80-tych graliśmy 24 godziny z rzędu. Następnie w hangarze 13. ŻESu graliśmy 72 godziny. Wtedy oczywiście było więcej ludzi. Powiedziałem chłopakom, aby świętowali Nowy Rok, później wyspali się i wieczorem pierwszego stycznia przyszli na dyskotekę maratońską.

Kończąc ten wielki temat dziecięcej piłki nożnej, o którym mogę mówić wiecznie, dodam, że nie można dołączać szkół do turniejów. Zrobiłbym wszystko być może kosztem entuzjastów i rodziców. Zwykle związek z tak dużymi strukturami jak szkoła kończy się biurokracją, a przecież większości na drogę na mecz trzeba tylko zatankować samochód lub nakarmić dziecko.

Niedawno w Brześciu odbył się turniej dla dzieci „Millennium Cup”. Czy śledził Pan?

– Szczerze mówiąc, byłem zajęty na swojej bazie. Chociaż proponowałem, aby przeprowadzono wycieczkę dla gości miasta. Do meczu z BATE robiłem wystawę o Kapskim.

Tutaj stopniowo powróciliśmy do osoby Anatola Kapskiego.

– Chociaż był naszym rywalem, rywali zawsze trzeba szanować. Bardzo godna osoba. Gdyby tacy ludzie byli w każdej branży, nasz kraj miałby więcej sukcesów.

Pan znał go osobiście?

– Oczywiście. Nazywałem go Tolik. Pamiętam, w Brześciu był mecz „mistrzowski”, kiedy mińskie „Dynamo” w przypadku zwycięstwa stałoby się mistrzem. Ostatnia runda, wypadł śnieg. Gdyby mecz się nie odbył, to Mińczycy dzięki technicznemu zwycięstwu zdobyliby złoto. Wtedy bez namysłu wraz ze swoimi chłopcami pomogłem wyczyścić trawnik. Otrzymuje się, że pośrednio pomogłem BATE zostać mistrzem. Dużo o tym żartowaliśmy.

Zawsze mi się podobało, jak Kapski mógł skarcić kogoś, nawet używając nieprzyzwoitych słów, ale potem zawsze przepraszał, nawet publicznie. To znak silnej osoby.

Był bardzo dobry w piłce nożnej. Pamiętam, że Puntus poszedł za pieniądzem do MTZ-RIPO, a Kapski znalazł jeszcze fajniejszego trenera. Tak też z graczami: każdego oglądał. Wpadek było bardzo mało. Nie pamiętam, żeby pojawiało się tam aż po osiem nowych graczy.

– To zarzut przeciwko naszemu klubowi?

– Oczywiście, że nie! Po prostu „Dynamo-Brześć” wciąż potrzebuje czasu, aby akademia zaczęła pracować, a skład się ukształtował. BATE również zaczęło od tego, ale jeszcze na początku wieku. Jestem zwolennikiem tego, aby rozwijać młodzież, a nie kupować gwiazd w wieku. Pod tym względem wszystko, co widzę od naszego zespołu i jego kierownictwa, bardzo mi się podoba.

Kontynuując o Kapskim. Nie można nie szanować tego człowieka. Wniósł ogromny wkład w rozwój naszej piłki nożnej. Szczerze mówiąc, przyciągałbym go do kierownictwa reprezentacji państwa. Federacji – nie, bo tam istnieje pokusa, by popychać interesy swojego klubu.

Z tymże okrzyczanym przeniesieniem historia… Po prostu śmiech! Wtedy, w sierpniu, nasza drużyna była blisko do szczytu formy. 

Kończąc nasz wywiad, proszę powiedzieć, co ma robić osoba, która chce zapoznać się z Pana kolekcją?

– Po prostu zadzwonić do mnie pod numer +375298293405 i umówić się na wizytę. To jest nasze wspólne dziedzictwo i nie zamierzam niczego ukrywać. Wreszcie zajmuję się kolekcjonowaniem właśnie po to, by dzielić się historią piłki nożnej z ludźmi.

Z czasopisma „Miasto nad Bugiem” do meczu „Dynamo-Brześć” – BATE

Następny mecz

Stadion: OKS „Brzeski” 24.11.19 (niedziela) 14:00
Dynamo-Brześć
Dynamo-Brześć
Vitebsk
Vitebsk
-:-

Portale społecznościowe